Słowa października: czarny protest, kobieta

IV kwartał 2016
Podziel się

W październiku wśród słów najczęściej pojawiających się w tekstach prasowych znalazły się wyrażenie czarny protest i wyraz kobieta, które opisali Monika Kwiecień i Marek Łaziński.

Czarny protest

Zanim w polszczyźnie pojawił się rzeczownik protest w dzisiejszym znaczeniu, posługiwano się słowem protestacja, oznaczającym oświadczenie sądowe. Odnotowujący je w swoim trójjęzycznym słowniku jezuita Grzegorz Knapiusz (Thesaurus polono‑latino‑graecus, Kraków 1621) zwracał uwagę na wyrazy rodzime, dlatego odesłał czytelnika do hasła oświadczam się (z połączeniami oświadczam się przed kim abo o prawa) i dodał komentarz „protestuję się: nie polszczyzna”. Istotnie, czasownik protestować (się) ma źródłosłów w łacińskim protestor ‘oświadczać, poświadczać, składać oświadczenie’. O tym, że to oświadczenie składano często jako wyraz sprzeciwu wobec stanu rzeczy, świadczy przywołany przez tegoż Knapiusza związek składniowy protestuję się przeciw komu.

W Słowniku języka polskiego Samuela Bogumiła Lindego znajdujemy przykład, który pokazuje, czego mógł dotyczyć protest: „Manifest, inaczej protestacja, skarga, żałoba, jest oświadczenie przed aktami woli naszej, albo ku zapobieżeniu szkody publicznej, albo ku zaskarżaniu już udziałanej”. Dodajmy za Zygmuntem Glogerem i jego Encyklopedią staropolską ilustrowaną (1900‑1903), że urzędnik przyjmujący taki manifest lub protestację „był tylko zobowiązany rzecz po prostu zapisać, strzegąc się wyrazów obelżywych”.

Gdy mowa o protestowaniu, nie sposób pominąć i rzeczownika protestant. W znaczeniu etymologicznym był to ktoś, kto składał protestację przed sądem (por. Słownik polszczyzny XVI wieku), Słownik „warszawski” z I ćwierci XX wieku podaje: ‘ten, co protestuje, opozycjonista’. U Lindego znaczenia tego nie znajdziemy, wyparł je bowiem – obecny również we wspomnianych dziełach leksykograficznych – protestant w rozumieniu religijnym. S.B. Linde, wybrany nota bene na zaszczytny urząd prezesa kolegium kościelnego Zboru Ewangelicko‑Augsburskiego w Warszawie, podaje kontekst historyczny, który dał asumpt do tej nazwy: „od protestacji  na sejmie [Rzeszy Niemieckiej – M.K.] w Spirze 1529 R. zaniesionej”, informując, że określeniem tym, odnoszącym się do ewangelików augsburskich (luteranów), objęto po pokoju westfalskim z 1648 r. również ewangelików reformowanych. (Dziś protestantami nazywamy członków wszystkich Kościołów protestanckich, przy czym pierwsi protestanci wolą używać nazwy ewangelicy).

Protestowanie wiąże się w polskiej historii także z demokracją parlamentarną i instytucją liberum veto. Jak pisał Gloger, „sprzeciwienie się jednego posła, reprezentującego sejmik, który go wysłał, wypowiedziane na sejmie uroczyście: nie pozwalam lub w formie protestu w księgach kancelaryi królewskiej albo najbliższego grodu, niweczy skuteczność uchwały, choćby się za nią wszyscy inni posłowie i cały senat oświadczył”. Zdarzało się, że protestujący poseł uciekał spod jurysdykcji marszałkowskiej, o czym wspomniał Niemcewicz w Powrocie posła (1790) i niedokładnie powtarzający za nim tę kwestię Mickiewicz: „Krzyknęli: nie pozwalam! uciekli na Pragę” (O krytykach i recenzentach warszawskich, 1828).

Rzeczownik protest, odnotowany w Słowniku „wileńskim” w znaczeniu dokumentu poświadczającego, że dłużnik nie spłaca weksla w terminie, w XX wieku zaczął już oznaczać po prostu sprzeciw. Interesującą zmianę w stosunku do słownika Lindego przynosi Słownik języka polskiego pod redakcją W. Doroszewskiego. Znajdujemy tu definicję oddającą dzisiejsze rozumienie protestu: ‘energiczny sprzeciw, ostre wystąpienie przeciw czemuś, co się uważa za niesłuszne; opozycja, przeciwstawienie się’.

Powodów do protestowania, obiektywnych i subiektywnych, nigdy Polakom nie brakowało. Autor listu opublikowanego na łamach „Kroniki Emigracji Polskiej” z 1834 roku (t. I) pisał: „Mnożące się coraz więcej wszelkiego rodzaju protestacje, jednej tylko rzeczy dowodzą: bezsilności naszej. W ugruntowanej, rządnej społeczności protestacja jest rzadka, ale ogólna, silna i groźna. W społeczności rozprzężonej, rozbitej, a do tego zajątrzonej, protestacja będzie częsta, ale indiwidualna, niewczesna i słaba”.

Protest ma najczęściej charakter publiczny i zwykle towarzyszy mu rozgłos. Świadczą o tym przykłady w słownikach (protestowali głośnym krzykiem, odezwały się głosy protestu) i typowe kolokacje, czyli połączenia wyrazowe, w Narodowym Korpusie Języka Polskiego (http://nkjp.pl). Do najczęstszych przymiotników charakteryzujących protest należą: oficjalny (jest to niewątpliwie pokłosie pierwotnego prawnego wymiaru tego aktu), stanowczy, ostry, zdecydowany. Mimo to protesty się ponawia – w NKJP kolokat kolejny dominuje nad skutecznym.

Połączenie czarny protest, które znalazło się na szczycie listy słów października, w NKJP pojawia się raz, w odniesieniu do protestu pielęgniarek z 1999 roku. Warto jednak przypomnieć zbliżone wyrażenie czarny marsz, odnotowane w Innym słowniku języka polskiego (‘marsz zorganizowany w proteście przeciwko zabiciu kogoś’). Pod nazwą czarnej procesji do historii Polski przeszła manifestacja z 2 grudnia 1789 roku, zorganizowana w celu wsparcia reformatorskiego obozu Sejmu Wielkiego. Ubrani na czarno delegaci miast królewskich złożyli na ręce monarchy petycję, w której domagali się przyznania mieszczanom praw publicznych, przysługujących dotąd tylko szlachcie.

W polskiej kulturze czerń jest barwą, która kojarzy się m.in. ze śmiercią i żałobą (sama żałoba, o czym świadczy cytowany już Linde, była z początku terminem prawnym, oznaczającym skargę sądową, przy czym mianem żałoby głownej określano skargę za zabójstwo, por. Słownik staropolski). „Biała łabędzi gromado poczerniéy z żalu, / Wszak kir jest przyzwoitą żałobie paradą” – czytamy u Lindego. Od czasu utraty niepodległości, po klęskach kolejnych powstań narodowych (Mickiewiczowskie „pokolenia żałobami czarne”) żałobny strój stał się strojem patriotycznym, co odzwierciedlają zarówno XIX‑wieczne utwory literackie, jak i dzieła plastyczne: „Niegdyś jam stroje, róże lubiła, / Gdy nam nadziei wytrysnął zdrój; / Lecz gdy do grobu Polska zstąpiła, / Jeden mi tylko przystoi strój: / Czarna sukienka!” (Konstanty Gaszyński, Czarna sukienka, 1832).

Czerń to jednakże barwa wieloznaczna. Ponieważ symbolizuje nigdy do końca nie oswojoną grozę śmierci, łączy się z domeną nieszczęścia i zła o różnych obliczach (spośród licznych frazeologizmów wymieńmy kilka: czarna rozpacz, czarna owca, czarna lista, czarna śmierć). Chociaż więc barwa czarna jest oznaką powściągliwości, godności i powagi, które przystoją stającym na granicy życia i śmierci (na czarno nosili się dawniej lekarze), i może także dlatego stała się symbolem elegancji (czerń uroczystych tóg i fraków, mała czarna), ewokuje też w naszej kulturze wrogą człowiekowi domenę ciemnych sił (czarna magia). Trudno się zatem dziwić, że cały ten złożony kontekst kulturowy odezwał się echem również w debacie wokół czarnego protestu.


Monika Kwiecień

 

Kobieta

Nie sposób pisać o (czarnym) proteście, czyli najbardziej kluczowym słowie października, bez wspomnienia kolejnego w skali kluczowości rzeczownika kobieta. Jest to jeden z najbardziej tajemniczych wyrazów języka polskiego, nie występuje w innych językach słowiańskich, a w polszczyźnie dopiero od XV wieku. Etymologowie proponują co najmniej 20 różnych wyjaśnień jego pochodzenia. Na początku było to określenie obelżywe lub co najmniej lekceważące. Co ciekawe, same kobiety z tą nazwą nie walczyły i nie walczą nawet w czasach, gdy domagają się nie tylko równych praw, ale także równego traktowania w społeczeństwie i w języku (w tym ostatnim utożsamienie rodzaju gramatycznego i płci nie jest możliwe, co nie znaczy, że nic nie warto zmieniać).

Najdawniejsza polszczyzna odziedziczyła ze wspólnoty słowiańskiej dwa znane do dziś wyrazy na określenie osób dwóch płci: mąż i żona (psł. mъžь, žena). Słowiańskie –żen– jest przekształceniem indoeuropejskiego *gen ‘rodzić’ (por. łacińskie geno i genus). Nazwy mążżona prawdopodobnie przez długi czas nie miały wyrazu nadrzędnego niezależnego od płci. Słowo człowiek, które z czasem takim wyrazem (hiperonimem) się stało, oznaczało najpierw męskiego członka rodu lub służby (por. czeladź). Od początku za to istniał w prasłowiańszczyźnie, a potem w polszczyźnie rzeczownik ograniczony do l. mn. ludzie, bo niezależna od płci nazwa zbiorowa była bardziej potrzebna od pojedynczej.

Wyrazy mąż i żona miały oprócz znaczenia biologicznego także rodzinne, które przetrwało do dziś. Homonimia na pewno nie ułatwia porozumienia, dlatego w polszczyźnie męża (w znaczeniu pierwotnym) zastąpił w XV w. wyraz mężczyzna (lub mężczyna), który wcześniej oznaczał zbiorowość mężów i miał rodzaj żeński. Równolegle wyraz żeńszczyzna (żeńszczyna) zaczął oznaczać kobietę, ale po dwóch wiekach zniknął. Słowo niewiasta miało z kolei – tak jak w innych językach słowiańskich – znaczenie ‘synowa’ (parafrazowane z męskiego punktu widzenia – ‘ta, która wchodzi do rodziny i nic o niej nie wiemy’). Białogłowa, używane od XVI do XVIII wieku, kojarzyło się głównie z kobietami zamężnymi (być może od białego czepca). Wciąż brakowało ogólnej nazwy płci żeńskiej.

Na taki mniej więcej grunt trafiło do polszczyzny lub zrodziło się na tym gruncie słowo kobieta, poświadczone w tekstach od XVI wieku. Najbardziej znany polski etymolog Aleksander Brückner (pierwodruk słownika w roku 1927) wywodzi kobietę od koby ‘kobyły’ albo od kobu ‘chlewu’ i przypisuje temu słowu znaczenie bardzo obraźliwe: niemoralne myśli i czyny, także nierząd. Tym samym tropem idzie Andrzej Bańkowski (2000). Franciszek Sławski (1952-1982), a za nim Krystyna Długosz-Kurczabowa (2008) proponowali etymologię rodzimą od psł. *kobь ‘wróżba z lotu ptaków’ i *vĕta ‘wróżka’, ale dopuszczali też inne obce źródła – starowysokoniem. gambetta ‘nałożnica’ czy nawet fińskie kabe lub estońskie kave ‘kobieta’.

Wróżby były domeną ludu, dlatego nazwa ta nie mogła odnosić się do stanu szlacheckiego. Nie była jednak prawdopodobnie tak pogardliwa, jak chciał Brückner. Dawne przypisanie do niskiego stanu neutralnych dziś nazw żeńskich nie było w językach europejskich wyjątkiem (por. dawne znaczenie ang. wife, pokrewne niem. Weib).

Na tym tle należy interpretować słynny cytat z Sejmu niewieściego Marcina Bielskiego (1586): „męże nas ku większemu zelżeniu – kobietami zową”. Tak skarży się jedna ze szlacheckich żon, które muszą pod nieobecność mężów same radzić o dobru Rzeczpospolitej i same jej bronić. Druga rozmówczyni pociesza: „Najdzie więtszą stateczność przy naszych kobietach niźli przy paniech [dziś: panach] radnych co chodzą w koletach”. „Nasze kobiety” to w ustach szlachcianki po prostu chłopki i służące. W kręgu szlacheckiej (choć niewieściej) rady „zelżenie” słowem kobieta może być po prostu obniżeniem stanowej hierarchii, a nie przyrównaniem do kobyły, nierządnicy czy kozy z chlewa, jak sugeruje Brückner, a za nim niemal wszyscy poloniści (w tym rozumieniu oczywiście również polonistki).

W XVII stuleciu znajdziemy już słowo kobiety w l. mn. w odniesieniu zbiorowym w związku z przynależnością stanową, choćby w połączeniu kobiety i dzieci w Pamiętnikach Paska. Aż do końca XVIII wieku niewiasta i (rzadziej) białogłowa mają w tekstach przewagę nad kobietą. Poloniści często jako dowód pełnej rehabilitacji kobiety przywołują cytat z Myszeidy Krasickiego (1775): „Mimo tak wielkie płci naszej zalety my rządzim światem, a nami kobiety”. Warto jednak uświadomić sobie kontekst, w jakim „kobiety rządzą”: „płeć ta z pozoru […] płocha […] staje się zdradna, okrutna lub podła, byle, co zechce, do skutku przywiodła”.

Nie mniej znane niż cytaty z Krasickiego są Mickiewiczowskie żale Gustawa, gdzie czytelnik sam musi się domyślić, od czego może być gorsza dusza kobiety: „Kobieto! puchu marny! ty wietrzna istoto! / Postaci twojej zazdroszczą anieli, / A duszę masz gorszą, gorszą niżeli!…” Ten sam Mickiewicz pisze w stylu wysokim jeszcze o niewieście: „Towarzyszce żywota, niewieście, braterstwo i obywatelstwo, równe we wszystkim prawo” (Skład zasad, 1849). Norwid wyśmiewał polityczne projekty Mickiewicza już bez słowa niewiasta: „Manifest ten jest przeto jak najzupełniej niedorzeczny – że już emancypację kobiety nawet mijam, która, formalnie pojęta i jak prawo, jest doskonałym głupstwem” (list do Józefa B. Zaleskiego, 1848).

Słowo kobieta jest u Mickiewicza i Norwida nazwą neutralną (choć nie są takie oceny w cytowanych fragmentach). Za ostateczny sprawdzian neutralizacji najlepiej uznać użycie tego wyrazu jako samookreślenie. Telimena celnie wyśmiewa astronomiczne metafory miłości, które Hrabiemu służą za usprawiedliwienie własnego niezdecydowania: „Dość już tego, przerwała, nie jestem planetą / Z łaski Bożej, dość, Hrabio, ja jestem kobietą”.

Historia kobiety w polszczyźnie jest nie tylko tajemnicza i kontrowersyjna, ale też wyjątkowa na tle innych określeń płci żeńskiej. Określenia te w różnych językach ulegają z biegiem czasu deprecjacji. Pierwotnie neutralne słowo dziewka zaczęło oznaczać służącą, a w nieznacznie zmienionej formie dziwka jest wulgarnym określeniem prostytutki. Podobną drogę od neutralności do pogardy przeszły niemieckie Weib czy Magd. Tymczasem w polszczyźnie słowo kobieta przeszło drogę odwrotną. Prawdopodobnie nie zaczynało jej na pozycji tak niskiej, jak chciał Brückner, ale było na pewno pejoratywne lub wręcz pogardliwe (w znaczeniu stanowym). Mimo to nikt nie myśli o tym, by tę nazwę zastąpić inną. Walka o równość, na różnych poziomach, jest ważniejsza niż walka ze słowem. Nie zawsze tak jest w dzisiejszym politycznie poprawnym świecie.

Marek Łaziński

print