Słowo października: rezydent

Podziel się

Najczęstsze słowa października można podzielić na trzy grupy. Pierwsza to najczęstsze w tym miesiącu słowo rezydent, lekarz, głodówka (protest głodowy), głodować — słowa związane z protestem młodych lekarzy. Druga grupa to wyrazy wiążące się z wydarzeniami na Półwyspie Iberyjskim, a więc nazwa własna Katalonia, autonomia i niepodległość (wyraz ten opisaliśmy w listopadzie 2015 r.). Trzecia ma związek z Warszawą i komisją powołaną w sprawie reprywatyzacji, są to wyrazy weryfikacja i reprywatyzacja (słowo września 2016 r.). Omówimy zdecydowanie najczęstszy wyraz października 2017 r. — rezydent.

Jest to rzeczownik pochodzenia łacińskiego, residens (w dopełniaczu residentis) znaczy ‘przebywający’. Słowotwórczo jest on powiązany z rzeczownikiem rezydencja czy czasownikiem rezydować. Na przestrzeni wieków zmieniał znaczenie i jeszcze 20 lat temu nie fukcjonował w odniesieniu do lekarzy, którzy mają pełne prawo wykonywania zawodu, a zdobywają umiejętności specjalisty.
Od XVI do XVIII wieku rezydent był senatorem należącym do rady królewskiej w czasie, gdy nie obradował Sejm. I tak na przykład w punkcie 48. „Przywilejów i konstytucyj sejmowych za panowania jego królewskiej mości Michała I Roku Pańskeigo MDCLXX” (Konstytucji 1670) wyliczone są osoby powołane w 1670 roku przez Michała Korybuta Wiśniowieckego jako „rezydenci  przyboku Naszym na dwie lecie”.
Drugim historycznym znaczeniem wyrazu rezydent jest ‘przedstawiciel dyplomatyczny’.W ­„Geografii Powszechnej Czasow Teraznieyszych Albo Opisaniu krótkim kraiów całego świata […] : Z nayświeższych wiadomości, Kraiopisarzów, i Wędrowników Zebrana, Ku pożytkowi Młodzi Narodowey na szkoły publiczne Wydanej” z 1773 r. czytamy: „Do pierwszego ſtopnia czy porządku poſłów , ſami  iedni należą poſłowie wielcy, głów ukoronowanych ­[…], do drugiego porządku należą poſłowie mnieyſi  bo poſłańcy takzwyczayni , tako nadzwyczayni […]; do trzeciego: Rezydenci, kommiſarze do rozgraniczenia pańſtw, prokuratorowie królewſcy, Deputaci pańſtw na ziazdy publcizne, takie pilnuiący intereſów (charges d’affaires), oprócz Kardynałów ten tytuł maiących, którzy dla ſwey godności do pierwſzego poſłów stopnia należą, Miniſtrowie bez charakteru, Sekretarze poſelſtwa, Audytorowie, Nuncyuſzowie &c Agenci i konſulowie ponieważ nie reprezentują ſwych panów nie są Miniſtrami ani pod obroną prawa narodów zoſtaią”. Kilka lat wcześniej „Gazety wileńskie” z 1765 (r. 5 nr 7, 16 lutego 1765) donoszą: „Ferman dla Imci Pana Alexandrowicza Rezydenta naznaczonego do Porty Ottomańſkiej przy granicy do tych czas czekájącego ieſt iuż ze Stambułu przyſłany i Aga, który według zwyczaju dla Poſłów Cudzoziemskich zachowanego, przewodnikiem mu będzie, razem przyjechał. Wątpić tedy nie nietrzeba; że  gdy wſpomniony Jmć P. Alexandrowicz ſtanąwszy ná mieyſcu uczyni należyte Porcie Ottomańſkiey o wſtąpieniu na tron Nayiaśniejſzego Pana Naſzego  oznaymienie, które ieſzcze nie było zwykłym ſposobem uczynione, nastąpi podobna, jak od inſzych Monarchów, J.K.Mći rekognicya”. W wydanym w 1834 „Powstaniu narodu polskiego w r. 1830 i 1831” Maurycego Mochnackiego czytamy, że  „Obdarzał nawet [Franciszek Drucki-]Lubecki urzędników obcych mo­carstw , n. p. p. Anstaedt rezydenta moskiewskiego przy związku rzeszy niemieckiej, któremu kazał wypłacić znaczną summę należącą się polskiemu skarbowi z dóbr Kocka” (cytat za wznowieniem z 1850).  O kontaktach z „rezydentem francuzkim” i o ukrywaniu się przed „śpiegiem wszystkich Polaków, rezydentem rossyjskim” pisze w swoich „Wspomnieniach…” Józef Wybicki (1840). W „Panu Wołodyjowskim” rezydent na Krymie poszukuje (i znajduje) ojca Zosi Boskiej. Jeszcze w 1938 r. wychodząca w Warszawie gazeta codzienna „Dzień dobry!” donosi, że w związku z sytuacja w Afryce francuski „[m]inister spr. zagr. Bonnet przyjął we wtorek gen. rezydenta Francji w Tunisie Labonne”. Wyraz ten w tym znaczeniu odnotowuje też, jako historyczny, SJPDor. We współczesnym języku to znaczenie pobrzmiewa w nowym znaczeniu — rezydenta jako przedstawiciela towarzystwa podróży w kraju, do którego towarzystwo to wysyła turystów, a także jako określenie  agenta wywiadu mieszkającego zaganicą.  W NKJP najczęstsze połączenia (kolokacje) z tym słowem to KGB, wywiad i rosyjski.

Rezydentami zwano też ubogich krewnych mieszkających u bogatej szlachty i będących na jej utrzymaniu.  J.I. Kraszewski uczynił jednego z nich bohaterem opowiadania „Sekret pana Czuryły” (1877).  W „Ramotach starego Detyuka o Wołyniu” (1861) Antoniego Andrzejowskiego  czytamy o sytuacji nietypowej: „W domu p. wojewody i polor wieku XVIII widać było i starodawne obyczaje zachowano. Przy córkach jego dla towarzystwa ich, bawiły córki obywatelskie, a te się rezydentkami zwały, a choć to niebyły z bie­dnej szlachty, każda z nich jednak na potrzeby swoje po 5 0 czer. zł. rocznie pobierała”. Bliższe potocznemu obrazowi rezydentów jest wspomnienie  Ewy Felińskiej (szwagierki Alojzego i matki Zygmunta Szczęsnego, późniejszego metropolity warszawskiego) o odwiedzającym jej dom panu Obniskim, „którego pospolicie zwano szambelanem, i który sam ten tytuł kładł regularnie około swego na­zwiska na każdym liście, i na każdej książce, tylko patentu nie pokazywał nikomu”. Jego sytuację życiową i jego samego charakteryzuje ona następująco: „Pan szambelan Obniski, był to stary kawaler, ludzie mu liczyli siódmy krzyżyk, choć przy­krywał peruką świadectwo poźnego wieku: prze­pędził on życie po domach zamożnych w charakterze rezydenta, a gdy rezydenci tracili ze zmianą obyczajów swoje posady, on jeszcze zna­lazł miejsce u pana starosty Chołoniewskiego w Chołoniewie, które obecnie zajmował, bo też charakter jego podający się na wszystkie strony i mięciutki jak bawełna, dziwnie go kwalifiko­wał do tej posady. Ubierał się 0n z wielkiem staraniem, z drobiazgową dokładnością, robiąc z gotowalni najseriozniejsze zajęcie życia; wre­szcie może to była konieczna wynikłość jego po­łożenia. Kto się nie dobił czynem znaczenia, musi się go dobijać zewnętrznemi oznakami, przy­najmniej dostatku i wyglądać na pana, aby go niezmieszano z motłochem” („Pamiętnik z życia Ewy Felińskiej” 1859).  Światło na pozycję i możliwości rezydentów rzuca też „Pamiętnik Bartłomieja Michałowskiego od roku 1786 do 1815” Henryka Rzewuskiego (1857): „Byli tacy którzy wciskali się do dworów obywatelskich , nie jako słudzy , ale jako pewny rodzaj dworzan nazwanych rezydentami. Ci wysługiwali się swoim patronom, umieli często pozyskiwać ich przyjaźń i ufność, za ich wsparciem, żenili się z pannami mającemi jakiś posażek niewielki, z nim przekształcali się w dzier­żawców, a że umieli pracować,  wkrótce się dorabiali majątku”.

Rezydenci wtopili się  w wizerunek bogatych domów; w „Dewajtis” macocha głównego bohatera narzeka, że brak pieniędzy na ich utrzymanie (już raczej podopiecznych niż służących), w „Trędowatej” pan Ksawery, dawny nauczyciel, zawsze wymieniany jest wśród innych domowników, Tadeusz Dołęga-Mostowicz, nad wyraz towarzyską naturę pani Aldony Runickiej charakteryzuje następująco: „Nie licząc pana Pieczyngi, przysięgłego mruka, w pałacu mieszkało zależnie od pory roku około dziesięciu osób stałych gości, czyli mówiąc poprostu rezydentów na łaskawym chlebie, przeważnie dalekich zubożałych krewnych lub powinowatych. Niektórzy z nich mieli w Wysokich Progach jaką taką przydatność. Ciotka Olesia zajmowała się drobiem, pani Mikcińska spiżarnią i kuchnią, pan Suchobłocki piwnicą i pieczarkami, a dziadzio Missuna, obdarzony z jakiejś zapomnianej już racji tytułem profesora, spełniał funkcję czegoś w rodzaju marszałka dworu” („Wysokie Progi” 1935).

Znaczenie to pobrzmiewa w dzisiejszej instytucji księdza rezydenta, czyli księdza zamieszkującego na terenie parafii i pomagającego w pracach duszpasterskich, lecz bez nałożonych obowiązków wikariusza (zastępcy proboszcza). Może to być na przykład ksiądz emeryt, ksiądz student, ksiądz na urlopie zdrowotnym lub ksiądz, który pracuje etatowo w związanych z kościołem — urzędzie albo uczelni. Dlatego nie włącza się w pełny sposób w prace parafii, przy której mieszka. Rezydentkami są też osoby świeckie żyjące w klasztorach żeńskich zgodnie z regułami w nich obowiązującymi.

Wszystkie trzy historyczne znaczenia są powtarzane w nowszych słownikach. Dodają one jeszcze rezydenta wywiadu, nie notują jednak znaczenia odnoszącego się do lekarza zdobywającego wiedzę specjalistyczną, podobnie zresztą jak określeń administracyjnych, na przykład obcokrajowca mającego prawo stałego pobytu lub rozliczania podatku w jakimś kraju. Jest tak zapewne dlatego, że tak jak rezydentura lekarska instytucje te zostały wprowadzone już po zamknięciu prac nad słownikami.  Jak wszystkie inne odcienie znaczeniowe i to uwypukla „zewnętrzność” korzystajacego z rezydentury w stosunku do organizacji, w której jest rezydentem. W znaczeniu medycznym jest to pożyczka angielska — pierwsze programy rezydenckie powstały w Stanach Zjednoczonych w końcu XIX w. Na całym świecie (niezależnie od różnych nazw) lekarze na tym etapie kształcenia przebywają w szpitalach tak długo, że próżno by szukać terminu lepiej oddającego tę sytuację niż wspomniane już łacińskie participium, z którego wywodzi się również angielskie residency.

Rezydenci zdominowali media w październiku, podejmując strajk głodowy, czyli głodówkę.  Pomijając ludową nazwę pewnej ćmy, wyraz ten ma jeszcze dwa inne znaczenia. Pierwsze z nich, rzadkie, to ‘bycie głodnym z biedy’; lwowski „Herold Polski” z 1 września 1906 złorzeczy radcy Szechtlowi, dyrektorowi policji: „Niechby za życia miał przedsmak tego, co go po śmierci czeka za to, że kolporterom odebrał chleb i skazał ich na gło­dówkę”. W 1927 satyryczna „Mucha” wcale nie satyrycznie pisze: „Zjadłem dziś obiad w garkuchni po tygodniowej głodówce, bo tamte bony [na darmowe obiady] już mi wyszły”.  Drugie – to rezygnacja z jedzenia z przekonania, że (krótkotrwałe) niejedzenie ma właściwości lecznicze i oczyszczające (co notują SJPDor i USJP). Głodówki różnią się łączliwością: jakieś okoliczności skazują na głodówkę; stosuje się głodówkę, zwykle nie przekraczającą doby, z przekonaniem o jej dobrocznynnym działaniu na organizm; do głodówek protestacyjnych dochodzi w oczach tych, przeciw którym są skierowane, protestujący głodówkę rozpoczynają lub podejmują, a potem – bywa, że przez wiele dni – prowadzą. Stefania Sempołowska sens tego niezwykle radykalnego i dramatycznego protestu ujęła tak: „Głodówka — to krzyk pokrzywdzonych, czy tylko cierpiących, rzucony jako ostatnia próba uczuć i serc ludzkich, które na wszystko były głuche i nieme. «Wolę umrzeć, niż żyć tak przez was krzywdzony». Myślałam często, jak straszne tępe są umysły i serca ludzkie, które tego w głodówce wyczuć nie umieją” („Robotnik” 2 marca 1930).

 

Magdalena Derwojedowa, współpraca Dorota Kopcińska

print